czwartek, 3 grudnia 2009

marzy mi się bombonierka..

Wczoraj w ramach obijania się zaczęłam bawić się karmelem.
Nie takim zrobionym a mleka w puszce ale z mleka, masła, miodu, cukru....
Kuchnia przy tym była cała słodka i lepka. Dobrze, że jest zima i żadna osa czy pszczoła nie zagościła w mojej kuchni bo miałyby czym się pożywiać.
Przeszukałam internet w poszukiwaniu jednego dobrego przepisu na miękkie karmelki ale żaden mnie nie przekonał. Ponieważ miałam dużo czasu zaczęłam ekperymentować.
W pierwszej kolejności zrobiłam twarde nitki karmelowe. Cukier( dałam ok 1szklankę) z odrobiną wody( tak na dno kubka- wiem, że to nie jest precyzyjne...ale może następnym razem sprawdzę ile łyżek mieści się na dnie mojego kubka z mc donalda:)
Ten cukier z wodą wrzuciłam na patelnię i mieszając czekałam aż zrobi się bursztynowy karmel.
Trochę za długo trzymałam ten karmel bo zamiast jasnego bursztynu zrobił się ciemnobrązowy i w pewnym momencie wykipiało i zaczęło się coś przypalać.
Tu nastąpiła akcja ewakuacyjna patelni z płyty. Szybkie wyłączenie grzania, włączenie wentylacji, otwarcie drzwi do ogródków tak żeby porządnie przewiało i gorączkowe mycie płyty. Dobrze, że zrobiłam to szybko bo twardy karmel to koszmar do usunięcia z czegokolwiek.
Patelnię z zaschniętą masą podgrzewałam kilkakrotnie, żeby wszystko się wytopiło.
Podłoga też wymagała szorowania....
Jak już opanowałam z grubsza sytuację zaczęłam widelcem lać wzorki z karmelu- część na talerz, część na metalową miskę, trochę po palcach( nie polecam oblewać się gorącym karmelem, który zastyga na skórze- efekt podobny do oblania się gorącym olejem).
Wzorki karmelowe wyszły różne ale na ozdobę tortu czy cukierków nadają się.
Muszę się jeszcze do czegś przyznać...zjadłam połowę w trakcie robienia....
Po takim początku zabrałam się za miękkie karmelki.
Wiedziałam, że miodu, cukru, masła i mleka nie zabraknie mi więc zaszalałam.
Napierw zrobiłam trochę zwykłego karmelu na patelni ale nie czekałam już aż zrobi się brązowy tylko zostawiłam jasno-żołty. Do tego dałam dwie wiegachne łyżki miodu.
W garnku wymieszałam mleko( następnym razem sprawdzę ile to mogło być bo lałam na oko)
z mlekiem w proszku-hmm chyba ze dwie łyżki...może więcej
i gotowałam powoli dolewając karmel z patelni. Nie jestem, przekonana czy mleko w proszku to był dobry pomysł bo podczas gotowania musiałam walczyć z grudkami ale to też porównam następnym razem.
Mieszałam, mieszałam.... i czekałam aż masa zacznie robić się karmelowa.
Dość długo to trwało. Chyba z pół godziny...
jak już masa była ładna dodałam masło i odstawiłam z płyty. Wszystko dokładnie wymieszałam i zaczęłam rozlewać masę karmelową do różnych naczyń- najwięcej na talerz- chciałam to po wystygnięciu ładnie pokroić. Ta operacja nie udała się.
Trochę masy wymieszałam z orzechami i to był dobry pomysł.
Część rozlałam do papilotek (takie papierki do małych muffinek).
Dziś zabrałam się za dekorację.
Jak już napisałam wcześniej krojenie się nie powiodło więc z tych nieudanych kostek zrobiłam kulki, obtoczyłam je w kawie, czekoladzie, kokosie, cynamonie i powrzucałam do papilotek.
Tą część karmelków z orzechami ozdobiłam kruchym karmelem.


Mateusz dostał taką nietypową bombonierkę dziś jako dodatek do prezentu Mikołajowego.
Jeśli mu posmakuje będę mogła przeprowadzać kolejne próby - zmieniając proporcje składników.
Nie kosztowałam gotowych cukierków ale podjadałam w trakcie robienia, Na koniec jak porządny kot wyczyściłam dokładnie wszystkie miseczki, talerzyki i garnki...Mniam
Teraz, mimo zjedzenia normalnej kolacji słodko mi i dobrze....dobrze mi i słodko...
słodko...słodko
hmm jest jeszcze kawałek kabanosa w lodówce.... może z chrzanem?


Brak komentarzy: